Kiedy to mogło się zacząć...? Może zaczęło się znacznie wcześniej, w głowach i sercach naszych rodziców? Może urodziliśmy się z tym obciążeniem - pokolenie nieuchronnej erozji… Nie wiem.
Nie pamiętam kiedy z klatek schodowych bloków z wielkiej płyty znikły pojemniki na suchy chleb, ale jakoś tak ni stąd ni z owąd znikły.
Po cichu, niezauważalnie, przy okazji któregoś z rzędu niechlujnego odmalowywania lamperii ktoś je odkręcił i już nie wróciły na swoje miejsce...
Jeszcze je pamiętam, wyglądały trochę jak kosze na śmieci z pokrywą, ale miały otwory przy dnie.
Kilka okrągłych dziurek wpuszczało powietrze i dzięki temu suche pieczywo nie pleśniało. To znaczy suchy chleb - gwoli precyzji, bo suche bułki tarło się przecież, albo ewentualnie moczyło w mleku i mełło w mielonych!
Długo dochodziłem do tego, że właśnie sucha bułka namoczona w mleku robiła robotę – konsystencję i smak mielonego z dzieciństwa. No i smalec, przecież!
Dobrych 30 lat obowiązkowego dobrobytu, żeby zrozumieć tę bieda – kuchnię... Ale to było przecież długo potem. Wcześniej znikły chlebaki ...

Chlebaka w szafce kuchennej Babci nie da się zapomnieć. Emaliowana misa z pokrywą, w środku zawinięty w płócienną ściereczkę chleb, ba! CHLEB! Kupiony w pobliskim sklepie "Społem", prosto z fabryki chleba, która była wtedy w każdym nieco większym mieście.
Duży, ciemny bochen, bardziej chyba żytni niż pszenny, wielkie dziury…
Wspaniały - suchy pachniał nawet piękniej, ten zapach wypełniał cały kredens…
Fabryki chleba też znikły, razem z piekarniami w żydowskich kamienicach przy rynku wtedy jeszcze mojego miasta, i z pysznymi bajglami obsypanymi grubą solą na matowej skórce.
Leżały na kontuarach, za szklanymi przepierzeniami, obok stosów wszelkich innych piekarnianych cudów, usypanych przez panie w fartuchach bez rękawów i w zabawnych czepkach z firanki…
Tata kupował je w drodze na próbę orkiestry, w filharmonii, do której muzycy wchodzili przez pobliską bramę walącej się kamienicy. Z bocznej uliczki, mijając jeszcze bardziej ukryte wejście do teatru lalek...
Wewnątrz kwartału zabudowy, pomiędzy oficynami kryła się dziewiętnastowieczna sala koncertowa. W tygodniu widownia pozostawała na wyłączność małego chłopca, którym trzeba było się przecież jakoś zaopiekować, więc słuchał, jak Wujkowie i Ciocie ćwiczą Brahmsa i Mozarta przed piątkowym wieczorem.
A wokół, z wybitych okien kamienicznych pustostanów gruchały gołębie.
"Czeluście".
Później, wieczorami i nocami, na zniszczonych parkietach czeluści orkiestranci dogrywali swoje partie, ale już nie na instrumentach, tylko w brydża. To jest jednak opowieść moich Rodziców, nie moja...
Filharmonii i Teatru Lalek też już tam nie ma, choć brama jest nadal.
No więc odruchy. Znikły samoistnie, w sumie...
Wcześniej trudno było przejść obojętnie obok kawałka suchego chleba rzuconego niechlujnie na trawę, czy (broń Panie Boże!) w śmietniku! To było niepojęte świętokradztwo, nikt „normalny” nie wyrzucał chleba ot tak! W każdym razie mało kto.
Ale to była inna epoka, dziś ciężko jest wykrzesać z siebie szacunek do spleśniałego jeszcze w sklepie i pokrojonego maszynowo dziadostwa w folii. Przecież nie dasz tego szajsu koniowi, żeby się zatruł… Więc co z tym zrobić? Kaczkom też podobno szkodzi.
Trzeba było popracować nad odruchami, potem już tylko lekki dysonans z Norwidem („tęskno mi Panie”) …WTF? No ale on był dawno i nie do końca normalny.
Wreszcie nastały „wyniki najnowszych badań” i przybiły ostatni gwóźdź do trumny pojemników na suchy chleb. Ale grób wykopano też w naszych głowach, intensywnie karczowanych pod nową przestrzeń komfortu i nienadmiernego namysłu…
Nastała era szkodliwych węglowodanów i zdrowych margaryn, zaś w zaciszu laboratoriów szykowało swoje natarcie na świadomość pokolenia najcięższe oskarżenie wobec chleba: gluten…
Ile mieliśmy wtedy lat? Pewnie gdzieś koło 20, już trochę rozczarowań za sobą, już parę autorytetów lekko skruszało, ale przyjęliśmy te prawdy objawione jak własne, z wiarą dzieci i żarliwością podrośniętych ideowców.
Pretendenci do Nowego Wspaniałego Świata, który prasował nam mózgi: ”prostujcie ścieżki….”.
„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…” Serio?? Żeby mieć uczulenie i nadwagę?